...nieodgadnione są wyroki losu i niemożliwe do przewidzenia, jednak zawsze nas zadziwiają. Pytasz mnie zatem, po jaką cholerę ponownie tego bloga prowadzę? Odpowiedź jest jakże oczywista i jakże prosta - otóż nie mam w chwili pisania tych słów żadnych innych zajęć.
Z góry lojalnie muszę Cię uprzedzić, drogi internauto, że prawie pewne jest, iż nie znajdziesz tutaj ani nic ciekawego, ani godnego uwagi - bo i cóż fascynującego miało by się tutaj znaleźć?
Jakże zachęcający wstęp, prawda? Cóż... Taki charakter Złego, Brzydkiego, Wrednego i Sztywnego Gnoma.
Powziąłem dziś ambitny plan związany z jutrzejszym wypadem do Wrocławia. Mianowicie, miałem zamiar radośnie i optymistycznie wyruszyć z Żarek korzystając z usług PKP, w 8 minut wysiąść z pociągu w Częstochowie, przejść z peronu numer dwa na peron numer trzy przejściem podziemnym (wspominam o tym, by pochwalić, że i w świętym mieście są takie nowinki techniczne) i wsiąść spokojnie do pociągu relacji Częstochowa-Opole.
Cały plan wziął oczywiście w łeb, i to jeszcze zanim doszedłem do punktu związanego z „radośnie”. Podczas kupowania biletu1 (szkolnego, osobowego) Pani z Okienka2 usłużnie poinformowała mnie, iż „Odkąd pracuję, jeszcze nie zdarzyło się, żeby ten pociąg planowo przyjechał. Czasami spóźnia się tylko 10 minut, ale zazwyczaj prawie pół godziny, bo wie pan, pośpiesznego przepuszcza”, co też zostało wypowiedziane tonem „to przecież całkiem logiczne, i nie krzyw się pan, bo nie sprzedam biletu”.
Bilet na szczęście dostałem, ale oprócz trzynastu złotych PKP zażądało ode mnie godziny snu...
1 Skąd w ogóle, i po co, wziął się pomysł, by bilety były na konkretną godzinę? Kiedyś widełki wynosiły chyba 6 godzin, potem je zlikwidowano, a teraz wróciły - tylko dwa razy krótsze.
2 Tak, ta sama Pani z Okienka, która kiedyś kazała nam opuścić poczekalnię, bo brudzimy podłogę.